„Rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie”… A gdyby potraktować ten sztubacki żart śmiertelnie poważnie i udać się w podróż po zaświatach? Przyjrzeć się krainie utkanej z różnych miejsc, które są „nigdzie”, czyli właśnie tutaj. Stworzyć album z na chybił trafił wybranych widoków, które jak wszystko w granicach „Nigdzie” Marka Pacukiewicza są na wpół wymyślone, a na wpół tylko są. Posługując się formą bezosobową, przywołać pamięć nieobecnych, z równoważników zdań stworzyć opowieść. Oznajmiać za pomocą trybu przypuszczającego, z gwaru głosów odzyskać milczenie, w końcu odnaleźć kres.
Ta wyciszona proza poetycka nie odwraca się od codzienności, ale odsłania jej inną stronę. Rzeczywistość nabiera cech albumu z przypadkowo wybranych kadrów. Polska jawi się tu jako kraina przejścia – „nigdzie”, które jest zarazem boleśnie bliskim „tutaj”.