Autor: Krzysztof Bartnicki
49,00 zł
Na stanie
„Pieśń świętojańska o Sobótce” autorstwa Jana Kochanowskiego to cykl 12 pieśni o sielankowym charakterze, poprzedzonych wierszowanym wstępem. Po raz pierwszy ukazał się drukiem w 1586 roku, a więc dwa lata po śmierci poety. Cykl nawiązuje do ludowych obrzędów związanych z tzw. sobótką świętojańską, obchodzoną w noc z 23 na 24 czerwca, czyli w wigilię św. Jana. Centralnym elementem tych rytuałów było rozpalanie ogniska (sobótki), wokół którego śpiewano i tańczono. Każdą z pieśni wykonuje inna panna, a wiersz wprowadzający określa okoliczności występu, nadając całości formę udramatyzowanej opowieści.
„Garutko sobotniej ropy” to na pierwszy rzut oka książka dzika i o(d)żywcza. Od początku czytelnik wpada w wir „nowego” Kochanowskiego, pomieszanego z melodiami rapowych kawałków i przyprawionego cytatami z poezji, piosenek, filmów oraz wtrąceniami i zapożyczeniami z rozmaitych języków. Frank Sinatra, Donatan, Tadeusz Miciński, Lana Del Rey, The Cult, Maryla Rodowicz, Wanda Wasilewska, Elvis Presley, Ewelina Flinta, Camasutra, Leon Wyczółkowski, Kult, Budka Suflera, Paktofonika – kogo i czego tu nie ma! Okazuje się, że Kochanowskiego na nowo napisać można językami współczesnej kultury i… rapować.
W książce zamieszczono wstęp Jerzego Jarniewicza, posłowie Aleksandra Nawareckiego oraz kody QR odnoszące się do playlist dostępnych w internecie. Fenomenalne ilustracje wykonał sam Maciej Sieńczyk.
Spopolszczenie to neologizm. Po pierwsze ma on zaznaczać, że jesteśmy po polszczyźnie Kochanowskiego. Po drugie – jesteśmy coraz wyraźniej po polszczyźnie, która ma w Polsce monopol na komunikację. Po trzecie zaś – jesteśmy po polszczyźnie medium książkowego. (…) Gdy Kochanowski pisał „Pieśń…” chciał, żeby był to utwór popularny. Dlatego musiałem sięgnąć po to, co dzisiaj jest popularne. Do wyboru miałem disco polo lub rap. To pierwsze – jak sama nazwa wskazuje – jest bardzo polskie, a że moim celem było jednak „spopolszczenie””, to rap okazał się idealny. Szczególnie ciekawy okazał się grime, gatunek w którym szybkim beatom, elektronicznemu brzmieniu, towarzyszy często bardzo dobry tekst. W tym, co robiły Futuryje jest coś innego niż usłyszymy u większości wykonawców rapowych. (…)To nie jest zupełnie swobodna wariacja na temat Kochanowskiego, heca dla hecy. Kochanowskiego cytuję gęsto, żeby „Garutko” można było nazwać adaptacją. A przy tym Kochanowskiego nie mogło być za dużo – bo wtedy zamiast przeróbki dokonałoby się przepisanie. (…) Tekst wciąż odnosi się do „Pieśni świętojańskiej…”, ale też stawia pytania o to, co to znaczy „uwspółcześnić”?
Krzysztof Bartnicki, wypowiedź dla „Gazety Wyborczej”
To by znaczyło, że ojczyzna nasza i ojcowizna to polszczyzna, a dokładnie „polska głoska”, boska głoska, po której jednak przetoczą się obce wojska, bo Bartnickiego rapowanka to międzynarodowa łapanka, w której pojawią się głosy i wniebogłosy zaczerpnięte z kilkunastu języków. Słychać angielski, czeski, francuski, hiszpański, niemiecki, rosyjski, śląski, wilamowski, włoski i na dodatek – łowiecki socjolekt. Ale nie rozpraszajmy uwagi, bo istotą translatorskiego zabiegu jest tytułowe „spopolszczenie” Sobótki pod „rytmy i rymy” dwunastu hip-hopowych standardów (dziewięciu anglosaskich i trzech rodzimych).
prof. dr hab. Aleksander Nawarecki
Dlaczego nikt z polskich tłumaczy (albo poetów, co często na jedno wychodzi) nie sięga po literaturę staropolską i jej nie uwspółcześnia? Czemu nie tłumaczy się na współczesną polszczyznę Biernata z Lublina, Reja, Kochanowskiego czy Szymonowica? (…) Nowe przekłady literatury dawnej są tak samo potrzebne tamtej, historycznej literaturze, jak literaturze naszych dni – zysk obustronny. Nowa wersja nie zdeletuje wersji pierwotnej, może być zaś dla niej pocałunkiem życia. (…) Jeśli współcześni nam tłumacze nie sięgają po dawne dzieła, przestają być one czytane poza konspiracyjnym kręgiem specjalistów. Kto dziś czyta jeszcze choćby „Pieśń świętojańską o Sobótce”? (…)
Krzysztof Bartnicki (…) spopolszczył (sic!) „Sobótkę” we właściwym swojemu pisarstwu feerycznym, frenetycznym, fantasmagorycznym wzlocie, tyleż słowiarskim, co muzycznym. Nałożył na pieśń Kochanowskiego rytmy i współbrzmienia hip-hopowych hitów, tworząc to, co autor stosownie dziarskiego posłowia, Aleksander Nawarecki, nazwał renesansowo-rapową hybrydą, a czemu sam Bartnicki nadał tytuł „Garutko sobotniej ropy”. Jeśli będziecie czytać to nocą, niekoniecznie w noc kupały, dopadnie was niechybnie night fever, night fever, night fever z Travoltą, Liroyem, Bartnickim, Red Hot Chili Peppers, Nawareckim, Slayerem, Ice-T, długo by wymieniać. A wtedy – satysfakcja gwarantowana.
Jerzy Jarniewicz
W dziale Multimedia można zobaczyć zwiastun filmowy książki.
Publikacja wydana w serii Bibliotheca Translata (tom 5).
Po 437 latach znów można zatańczyć z pannami, ale do nieco innych melodii. (…) Wyjaśnijmy to od razu: to nie jest łagodne uwspółcześnienie. Bardzo mnie bawi czytelniczy zarzut: pieśni Bartnickiego są trudniejsze w odbiorze niż oryginał. I tak miało być, to nie opracowanie do lektury. Projekt „Kochanowski wyrapowany” jest awangardowy, jak przystało na tłumacza „Finneganów trenu” Joyce’a. To filologiczna i rytmiczna zabawa dla wybranych. (…) Pieśni Kochanowskiego/Bartnickiego naprawdę się śpiewać dają (próbowałam). Bartnicki uprawia słowa i orze w głoskach z wprawą przodownika języka. (…) Napisana w czarnoleskiej arkadii, „Pieśń świętojańska o Sobótce” kojarzy nam się z wałkowanym w szkołach cytatem „wsi spokojna, wsi wesoła”. W pieśni XII sady obradzają, pszczoły dają miód, zagrody są pełne jagniąt – idylla. Niewiele ten obraz ma wspólnego z ludowymi historiami Polski, od których pęcznieje rynek wydawniczy. W wersji Bartnickiego wieś wcale wesoła nie jest, raczej niepokojąca. To wieś-impreza, wieś-wiksa: „wkoło ludzie rżą”, „do rozpuku bija kram”, „świat jest pełen cymes-grupies, biznes-metres”. A potem – kac z nosem w sianie.
„Garutko…” jest też opowieścią o współczesnej „ojczyźnie polszczyźnie”. W prologu, trawestując Liroya, Bartnicki obwieszcza: „Na głoska polskiego jest nasz dom”. Prze-pisując „Opowieści kanterberyjskie”, Agbabi wyeksponowała w językowym remiksie transkulturowość współczesnej Wielkiej Brytanii. Bartnicki też idzie tym tropem. Stąd neologizm: spopolszczenie. To postpolszczyzna, której chimeryczność podkreśla wielość zapożyczeń.
Izabella Adamczewska, fragmenty recenzji z fanpage’a Wchodzę w słowo na Facebooku
Jego „Garutko sobotniej ropy” to daleka od czołobitności, fantastycznie barbarzyńska wersja poematu Kochanowskiego, przełożona na raperski język i hip-hopowe rytmy, tyleż do czytania, ile do słuchania. Można debatować, czy to wciąż „przekład”, ale wobec tego, co się w tym tekście dzieje, kwestia terminologii wydaje się kosmicznie nieważka i, przepraszam, akademicka.
Jerzy Jarniewicz
Bartnicki, jak przystało na tłumacza legendarnego „Finneganów trenu” Jamesa Joyce’a – książki nieprzekładalnej, a jednak przełożonej – nie tyle uwspółcześnia język dzieła Kochanowskiego, co dokonuje całkowitej jego przemiany. Dzięki muzycznym inspiracjom ze świata hip-hopu przypomina czytelnikowi, że „Pieśń świętojańska…” była przede wszystkim nie wierszem do czytania, a pieśnią. (…) I tak fraza „brum-patyki bom-patyki” okazuje się miksem piosenki „Panie Janie” i utworu „Serce na patyku” Piotra Bukartyka. (…) „Garutko sobotniej ropy” to poetycko-muzyczna wariacja wokół Kochanowskiego, rapu, poezji, ale też możliwości polszczyzny.
Wojciech Szot, „Gazeta Wyborcza”
Oto najfajniejszy freak polskiej literatury wymyślił sobie, że napisze od nowa rzeczoną pieśń, przekładając ją na język rapu. „Jak to, kurwa, zapytasz bez pardonu? Tak to, nie dostałeś paragonu?” – rapował Joka na drugiej płycie Kalibra. I choć akurat po tę kultową pieśń Bartnicki nie sięga, to ów wers najlepiej oddaje prostotę, a zarazem wyrafinowanie pomysłu, na który wpadł nasz niezwykły Bard(tnicki). (…)
Twórca „Garutko” („Garutka”?!) jest jak sprytny dozorca labiryntu, który zaprasza nas do swojej wizji podróży przez dżunglę skojarzeń, nawiązań, cytatów, kryptocytatów, linków i linek. Bartnicki to złośliwa i bezczelna Ariadna, która zaopatruje niczego niespodziewającego się Tezeuszka w dziesiątki kłębków o różnej długości i kolorach. Wiąże, plącze, supła i omotuje (jest w ogóle takie słowo?), rechocząc w duchu, bo na zewnątrz udaje przecież powagę. Podąża śladami swojego mistrza Jamesa, Dżojsując sobie z nas i Finneganiąc. Chciałeś Sobótkę w wersji Slayera, naiwny pseudoerudyto? To masz, ponurzaj się ździebko w kotle, z którego nie wyleziesz czysty, bo oblepią cię skrawki ze Słowackiego, punkowej Defloracji, Claude’a Francoisa, Carcass, Yzomandiasa i Wasowskiego z Przyborą. (…)
PS. Maciej Sieńczyk zasłużył na coś więcej niż tyko peesa (…). Tu powiem tylko tyle – nikt tak pięknie synestezyjnie nie potrafi oddać rytmu rapowanego Kochanowskiego, jak on. Patrząc na te poskręcane algorytmy postaci i natury, widz mimowolnie zaczyna potupywać sobie nóżką i machać łapkami jak rasowy Emce. Aż marzy się nazwać to niemym rapowaniem przy pomocy pisaka, pędzla, kredki, czy czego tam sobie ilustrator nie wymyślił. Czapki z głów.
Tomasz Florczyk, fragmenty recenzji z bloga bedzieoksiazkach.blogspot.com
Autor: Krzysztof Bartnicki
Autor: Krzysztof Bartnicki
Plac Rady Europy 1
40-021 Katowice
centrala: +48 32 20 83 887
e-mail: wydawnictwo@bs.katowice.pl
© 2025